Michał Żewłakow był pierwszym zawodnikiem, który wzmocnił Legię w przerwie letniej. Doświadczony obrońca ma nie tylko uspokoić grę defensywną, ale też pomóc scementować zespół. Poniżej prezentujemy drugą część wywiadu, którego 102-krotny reprezentant Polski udzielił miesięcznikowi Nasza Legia.
Pierwsza część wywiadu znajduje się tutaj.
Z trenerem Maciejem Skorżą znasz się jeszcze z reprezentacji Polski. Rozmawialiście już na temat współpracy?
Dłużej nie, ale kilka rozmów odbyliśmy. Dobrze jest czuć, że osoby pracujące w klubie naprawdę chcą, bym tu był. Czasem bywa tak, że kluby zatrudniają zawodników z przypadku, bo akurat nadarza się okazja. W Legii tak nie było. Odpowiada mi sposób prowadzenia treningów i stosunek trenera Skorży do zawodników. Myślę, że szkoleniowiec może sprawić, żeby Legia grała lepiej, a doświadczeni zawodnicy mogą jemu pomóc. Będę starał się stworzyć tu taką atmosferę, by na bazie dialogu osiągać jak najlepsze efekty.
Kogo ze składu Legii spotkałeś wcześniej na swojej piłkarskiej drodze? Znana jest przede wszystkim Twoja przyjaźń z Jakubem Wawrzyniakiem. Dobieracie sobie kogoś do paczki?
Nie wszyscy wiedzą, ale najdłużej znamy się z Tomkiem Kiełbowiczem. Pierwszy raz spotkaliśmy się 18 lat temu, kiedy obaj zostaliśmy powołani do reprezentacji do lat 17, prowadzonej przez Mirosława Jabłońskiego. Byliśmy wtedy razem w pokoju na zgrupowaniu. Najbardziej zażyła znajomość łączy mnie rzeczywiście z Kubą Wawrzyniakiem. Poznaliśmy się w reprezentacji, ale przyjaźń rozkwitła, gdy on grał w Panathinaikosie, a ja w Olympiakosie. Często się spotykaliśmy, nasze żony się lubią, a dzieci świetnie się wspólnie bawią. Teraz też niedaleko siebie mieszkamy. To mój przyjaciel z Legii.
Czyżbyś miał sentyment do lewych obrońców?
Raczej do bramkarzy. Bardzo często w przeszłości mieszkałem w pokoju na zgrupowaniach właśnie z golkiperami i świetnie się z nimi dogadywałem, zazwyczaj byli moimi najlepszymi przyjaciółmi. Tak było w przypadku Arkadiusza Malarza i Artura Boruca.

Wielu piłkarzy przychodząc do Legii deklaruje, że zawsze jej kibicowało i chciało grać przy ulicy Łazienkowskiej. Jak było w Twoim przypadku? Pochodzisz w końcu z Warszawy, z drugiej strony w czasach, gdy zaczynałeś karierę, warszawiakowi trudno było marzyć o występach w Legii. Wówczas w ogóle w mniejszym stopniu stawiano na młodzież, teraz częściej kluby dają szansę młodym talentom, a najchętniej wychowankom.
Legia na szczęście obecnie inwestuje w swoją przyszłość, co cechuje największe kluby, wystarczy przywołać przykład Barcelony. W młodości przychodziłem na Legię z bratem, czasem urywaliśmy się z lekcji, by obserwować treningi legionistów, m.in. Dariusza Wdowczyka, Dariusza Dziekanowskiego, Romana Koseckiego („I Jakuba Wawrzyniaka” – dodał przechodzący obok lewy obrońca Legii – przyp.red.). Później, wchodząc w wieku 16 lat do pierwszej drużyny Polonii, otoczony byłem zawodnikami wywodzącymi się z Legii. Byli tam Jan Karaś, Andrzej Łatka, później dołączył Darek Dziekanowski. Nie będę jednak mówił, że nie widziałem świata poza Legią. Moja kariera potoczyła się tak, że trafiłem na ulicę Konwiktorską i to Polonia przygotowała mnie do startu do poważnej kariery, ona ukształtowała mnie jako piłkarza. Wiele zawdzięczam temu klubowi. Upływ czasu sprawił jednak, że chyba mało kto tam pamięta, że reprezentowałem barwy „Czarnych koszul”. To zupełnie inny klub niż ten, który opuszczałem. Po powrocie do kraju tylko Legia złożyła mi konkretną ofertę, z której skrzętnie skorzystałem. Cieszę się, że trafi łem do klubu, w którym mogę pograć na wysokim poziomie i jednocześnie przekazać trochę doświadczenia występującym tu młodym piłkarzom. Być może znajdą się kibice, którym nie będzie odpowiadało, że byłem kojarzony z Polonią, jednak były już przecież nawet bezpośrednie transfery między oboma klubami, a najwięcej negatywnych emocji jest wtedy, gdy do odwiecznego rywala przechodzi ktoś, kto spędził w danym miejscu całą karierę. Mogę zapewnić, że oddam całe serce na boisku, by Legia grała jak najlepiej.
Pod Twoją nieobecność w polskiej lidze wiele zmieniło się na stadionach, zarówno pod względem jakości infrastruktury, jak i atmosfery na trybunach, nie brakuje jednak również problemów. Jak oceniasz sytuację na polskich obiektach?
Zupełnie inaczej ogląda się polską ligę. Nie chcę nikogo obrażać, ale nie da się porównać meczu na stadionie w Radzionkowie, z tymi rozgrywanymi na obiektach Legii, Lecha lub Wisły, a nawet mniejszych np. Cracovii czy zdegradowanej Arki. Nowe stadiony będą miały Lechia i Śląsk. W ogóle cała otoczka polskiej piłki ulega zmianie. Ten sam mecz rozgrywany na ładnym stadionie ogląda się dużo lepiej, niż na brzydkim, zarówno na żywo, jak i w telewizji. Legia ma najładniejszy stadion spośród drużyn, w których grałem, lepszy nawet od obiektu Olympiakosu. To też daje mi dużo radości i motywacji, by w takim otoczeniu zaistnieć sportowo. Jeśli chodzi o kibiców, to żaden klub nie ma idealnych. Niestety są tacy, którzy szkodzą wizerunkowi pozostałych, tworzących wspaniały spektakl. Trudno jest znaleźć złoty środek. Gdy grałem w Olympiakosie, atmosfera na trybunach była znakomita, ale zdarzały się też sytuacje nawet gorsze niż na naszych stadionach, a w Grecji i Turcji przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Szkoda, gdy kibic niszczy stadion, na którym gra jego zespół. Z drugiej strony na trybunach potrzebni są ci, którzy stworzą dobrą atmosferę, pozytywnie zakręceni na punkcie swojej drużyny. Nie da się ukryć, że nastrój na trybunach kształtują wyniki, naszym zadaniem, jako piłkarzy, jest zadowolić fanów tym, co widzą na boisku.

Podczas kariery miałeś do czynienia ze skrajnie różnymi kulturami kibicowania. Jak porównasz belgijskie, greckie i tureckie stadiony do polskich?
Beligijscy kibice są raczej sztywni, za najbardziej żywiołowych uchodzą fani Standardu Liege. W Anderlechcie narzekaliśmy trochę, że z 20 tysięcy ludzi 18 przychodzi na stadion jak do teatru, obejrzeć spektakl, z czego pięć tysięcy pewnie nawet nie znało nazwisk zawodników. Atmosferę robiło dwa tysiące prawdziwych fanatyków z trybuny za bramką. Przy złym wyniku zdarzało im się pokazywać gorsze oblicze. Nigdzie nie jest idealnie, chyba że w klubach, które wygrywają wszystko.
Spotkałeś na boisku wielu zawodników z głośnymi nazwiskami. Kto szczególnie utkwił Ci w pamięci?
Na pewno Rivaldo, z którym występowałem w Olympiakosie. Sam fakt gry z piłkarzem, którego wcześniej podziwiałem tylko w telewizji, mającym na koncie Złotą Piłkę i trofea, o jakich inni mogą tylko pomarzyć, to ogromny splendor. Bardzo dobrze wspominam też grę z Serbami – Darko Kovaceviciem i Predragiem Djordjeviciem. Zrobili wielkie kariery, pozostając jednocześnie normalnymi ludźmi. Ciekawą postacią był też Lomana Lua-Lua. Miał wielki talent, ale charakter nie pozwolił mu wykorzystać pełni możliwości, dzisiaj gra na Cyprze. Z Anderlechtu najlepiej pamiętam rozkwit kariery Vincenta Kompany’ego. Byłem świadkiem, jak wchodził do drużyny z rezerw i stał się podstawowym zawodnikiem w ciągu miesiąca. W wieku siedemnastu lat rozgrywał już dobre mecze w Lidze Mistrzów. To przy tym bardzo inteligentny człowiek, dbał o wykształcenie, zawsze pamiętał też o rodzicach i braciach. Takie człowieczeństwo czasem nie pasuje do gwiazd.
Występy w którym klubie wspominasz nalepiej?
Zdecydowanie w Olympiakosie. To był dla mnie najlepszy okres, zarówno pod względem sukcesów sportowych, warunków życia, jak i finansowo.
Czy da się porównać sukcesy klubowe z występami na mistrzostwach świata i Europy z reprezentacją Polski?
To dwie różne sprawy. Reprezentacja to zawsze najlepsza drużyna, w jakiej piłkarz może zagrać. Natomiast w moim przypadku sukcesy klubowe nie korespondują z reprezentacyjnymi. W Anderlechcie zdobyłem dwa razy mistrzostwo Belgii, z Olympiakosem trzy razy byłem mistrzem Grecji, mam też na koncie dwa puchary i superpuchar. W kadrze moimi osiągnięciami są awanse na wielkie turnieje i 102 rozegrane mecze, także z sukcesami trochę blado.

Trzynaście lat występowałeś poza Polską, czy po tak długim okresie wracasz do Warszawy jak do siebie, czy też musisz się na nowo uczyć miasta?
Zdecydowanie ten drugi wariant. Mieszkałem w Warszawie do 22 roku życia, tu się wychowałem i wykształciłem, jednak w stolicy pod moją nieobecność zaszły ogromne zmiany. Nie muszę poznawać wszystkiego, ale choćby pod względem architektonicznym zmieniło się tyle, że do sprawnego codziennego funkcjonowania potrzebny jest pewien okres adaptacji.
Długo występowaliście z bratem w tych samych klubach. Trudno było się w końcu rozstać?
Sam moment nie był trudny, ponieważ byłem bardzo podekscytowany podpisaniem kontraktu z Anderlechtem, czułem się doceniony. Zresztą podczas całej kariery nigdy nie poczułem z jego strony zazdrości, że ja odnoszę większe sukcesy. Świadomość rozstania przyszła dopiero po kilku miesiącach, gdy zdałem sobie sprawę, co straciłem i jak wiele pomagała mi wspólna gra z bratem. Wracając teraz do Polski miałem w głowie myśli, by znów występować wspólnie z Marcinem. On stwierdził jednak, żebym mając możliwość podpisania umowy z Legią w ogóle się na niego nie oglądał, a jedynie w przypadku braku możliwości gry w jakimś dużym klubie w Polsce, zastanowilibyśmy się nad jakimś wspólnym miejscem. Tak się złożyło, że zagramy przeciwko sobie i postaram się nauczyć brata szacunku do Legii.
Wspominałeś w wywiadzie dla strony legia.com, że Wasze wcześniejsze starcia były dość dziwne.
Zgadza się, Marcin jest piłkarzem, który nie lubi rozmawiać podczas gry. Przed spotkaniem nawet się ze mną nie wita. Ucieka, jest skoncentrowany na grze, dopiero po meczu funkcjonuje normalnie i mówi, żebym się nie obrażał, ale on już taki jest, że na murawie traktuje mnie jak przeciwnika, którego trzeba pokonać. Znam go na tyle, że wiem, iż nienormalne z pozoru zachowanie w jego przypadku mieści się w normie.
Całą treść wywiadu znajdziecie w lipcowym wydaniu miesięcznika "Nasza Legia".